Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 września 2015

Syryjscy uchodźcy o tym jak im się żyje w Rosji

W serwisie The Village pojawił się interesujący artykuł zawierający opinie pięciu syryjskich uchodźców żyjących w Rosji (nie należą oni do grupy 400 rodzin, potomków Czerkiesów, które osiedliły się w Kabardo-Bałkarii) . Część z nich podkreśla, że udali się do tego kraju ze względu na przyjazne stosunki z Syrią, inni z powodu żyjących tam krewnych lub przyjaciół. Większość zostawiła rodziny w ojczyźnie lub w Turcji. Dwójce udało się znaleźć partnerki już w Rosji. Ich opinie w większości się pokrywają: mimo dobrej opinii o Rosji, żyje im się w tym kraju źle ze względu na nikłą pomoc państwa, a przede wszystkim korupcję. Poniżej wycinki z trzech z pięciu wypowiedzi:

Samir
Jestem zaledwie jednym z setek uchodźców (ocenia się, że w Moskwie jest do 10 tys. uchodźców z Syrii - przyp.red.) i nasza sytuacja w Rosji z każdym dniem się pogarsza. Wszystko z powodu korupcji - dosłownie za wszystko żąda się od nas pieniędzy i nie możemy znaleźć nikogo kto pomógłby nam rozwiązać nasze problemy. Zwróciłem się z taką prośbą do specjalnego urzędu, ale nic nie nie wydarzyło. A gdy adwokat złożył w tej sprawie skargę, i trafiła ona do wyższej instancji, sytuacja się tylko pogorszyła: nastąpił popłoch i mój pracodawca powiedział, że więcej nie może mi płacić (...)
Liczę sam na siebie, wynajmuję mieszkanie. Ceny za mieszkanie są jednak straszne: mam rosyjską żonę w trzecim miesiącu ciąży, a nie mamy nawet co jeść. Nigdy wcześniej nie mogłem sobie wyobrazić, że w Rosji nie zdołam nakarmić siebie, swoją żonę i przyszłe dziecko. Wszystko czego potrzebuję to dokumenty, żeby móc pracować.

Muhammed
W Rosji tylko się męczę. Jednym z problemów jest to, że pracujemy praktycznie bez dni wolnych (...) pracujemy po 12 godzin na dobę z dniem wolny raz na dwa tygodnie. Drugim problemem jest brak dokumentów: w FSM (Federalna Służba Migracyjna) odmawia nam udzielenia statusu uchodźcy, i kiedy pracodawca zobaczył, że nie mam dokumentów, zaczęło się szantażowanie. Na ulicy ciągle zatrzymuje mnie policja, zmusza do płacenia kar i dawania łapówek. Z mieszkaniem nie mam problemu - wynajmuję pokój obok zakładu (w którym pracuje - przyp. red.), właściciel sam jest Syryjczykiem - wszystko rozumie.
Żyję tu tymczasowo, jeśli uda się pojechać do Europy - pojadę, czemu by nie. Tam można połączyć się z rodziną, nie będę musiał cały czas się o nich martwić.

Abdul Kader
Żyje się tutaj bardzo źle: uciekaliśmy od wojny, ale i tutaj musimy walczyć, tylko teraz z powodu pieniędzy. W FSM ciągle od nas żądają dużych pieniędzy. Za pierwszym razem udało mi się uzyskać azyl tymczasowy, za drugim razem odmówiono mi przyjęcia dokumentów i zażądano zapłacenia 70 tys. rubli. Rzecz jasna nie mam takich pieniędzy. Niektórzy faktycznie płacili, ale potem nic w zamian nie otrzymywali. To wszystko to machinacje, oszustwo i korupcja. Chcemy zalegalizować swój pobyt tutaj, ale nam na to nie pozwalają. Niektórych nawet deportowano za brak odpowiednich dokumentów. Mam rosyjską dziewczynę, chodzę z nią do FSM, gdzie mnie broni. Mówi: „Jak możecie wymuszać od niego jakiekolwiek pieniądze? To uchodźca!". Policjanci przeprowadzają kontrole w naszym zakładzie, a my nie mamy dokumentów. W takiej sytuacji sam zaczynasz się zastanawiać: zapłacić mu, żeby mnie wypuścił czy nie? Biorą od nas pieniądze wiedząc jaka jest sytuacja w Syrii - to smutne.

Źródło: The Village

Inne publikacje w temacie:
Wywiad z Rijad Haddadem, ambasadorem Syrii w Rosji (ros.)
Artykuł w Deutsche Welle o tym dlaczego Syryjczycy nie chcą jechać do Rosji (ros.)
„Dużo płakałam i nie wiedziałam co robić" - syryjscy uchodźcy o niełatwym życiu w Rosji (ros.)

„Wojna" Rosji z Państwem Islamskim

Państwo Islamskie to dla Zachodu poważne wyzwanie. Dla Rosji – nie lada okazja dla rozwiązania wewnętrznych i zagranicznych problemów.

Wszyscy pamiętają inwazję na Krym. Rosja długo nie przyznawała się do zielonych ludzików, którzy opanowali półwysep w błyskawicznym tempie, szachując ukraińskie wojska. W przypadku Syrii jest inaczej. Jeszcze nim Kreml rozpoczął operację na Bliskim Wschodzie na dobre, w internecie wypłynęły zdjęcia i nagrania rosyjskich żołnierzy z targanego wojną domową kraju. Przypadek? Wątpliwe. Moment jak najbardziej dobrany. 28 września Władimir Putin będzie przemawiał na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ w Nowym Jorku. Eksperci przewidują, że wystąpienie poświęci głównie Syrii i walce z terrorystami z Państwa Islamskiego (PI).

Coś tu się jednak nie zgadza. Widać to chociażby po rozlokowaniu rosyjskich wojsk w Syrii. Prowincji Latakia, bastionowi sił Baszara al-Asada, zagrażają rebelianci zwalczający PI oraz, co trzeba przyznać, Front al-Nusra, czyli Al-Kaida. Nie ma się zatem, co oszukiwać. Kremlowi chodzi o wsparcie Asada odnoszącego ostatnio porażkę za porażką, a nie zwalczanie dżihadystów od samozwańczego kalifa Abu Bakr Al-Baghdadiego. Ci Rosji jak na razie przynoszą tylko pożytek. W kraju i zagranicą.

Zabić lub wypędzić


Rosja walczy z rebelią na Kaukazie od lat 90 XX w. Najpierw wojna toczyła się o niepodległą Czeczenię, a gdy Putinowi udało się złamać opór separatystów, konflikt przejęli dzihadyści. Na arenę wkroczyła idea tzw. Emiratu Kaukaskiego rozciągającego się od Morza Czarnego po Kaspijskie. Z europejskiego punktu widzenia pomysł kosmiczny, ale wystarczył rok z okładem by Kreml musiał na Kaukazie interweniować, aby sytuacja nie wymknęła się całkowicie spod kontroli. Podczas, gdy Ramzan Kadyrow powoli dusił Czeczenię, w Dagestanie i przede wszystkim w maleńkiej Inguszetii w najlepsze szaleli islamscy bojownicy. Zamachy, porwania, zabójstwa w tej drugiej republice nabrały takiej częstotliwości, że wkrótce zaczęto ją nazywać kaukaskim Irakiem. I nie było w tym dużo przesady. Tymczasem zbliżała się Olimpiada w Soczi. Kreml potrzebował skutecznych rozwiązań. I znalazł je.

W Inguszetii i Dagestanie zmieniono prezydentów, zalano je wojskiem i służbami specjalnymi, w Czeczenii Kadyrow wziął się ostro za dobijanie resztek partyzantki oraz zaostrzył represje wobec krewnych bojowników. Efekty? Ani jednego zamachu w trakcie igrzysk, śmierć pierwszego emira – Doku Umarowa oraz dramatyczny spadek działalności terrorystycznej w skali regionu. Do tego z biegiem czasu jest coraz lepiej. W ostatnim półroczu Rosjanie zabili już dwóch następców Umarowa, kolejnego póki co nie widać. W Dagestanie pierwszy raz od lat wybory lokalne nie zostały zakłócone przez bojowników. W Inguszetii i Czeczenii panuje względny spokój. Czyżby Kreml wreszcie zapanował nad buntowniczym Kaukazem? Chwilowo tak, ale nie tylko dzięki rządom twardej ręki.

Bojownicy na Kaukazie zawsze ponosili duże straty. Jednak ich szeregi regularnie uzupełniali kolejni ochotnicy, głównie młodzież. Do sięgnięcia po karabin zachęcała ją korupcja, bezprawie, nierówności ekonomiczne oraz brak wolności politycznej i religijnej. To choroby nadal trawiące region. A jednak potok rekrutów znacznie się skurczył. Reporterka „Nowej Gaziety” Jelena Miłaszyna wyjaśniła dlaczego. FSB od jakiegoś czasu stawia zwolenników salafizmu (tzw. czystego islamu), sympatyzujących z bojownikami, przed wyborem: wyjazd do Syrii w jedną stronę albo kula w łeb lub w najlepszym razie, długoletnie więzienie. Te rewelacje potwierdził Aleksiej Małaszenko, analityk z Moskiewskiego Centrum Carnegie, który zdradził, że do Syrii miała się nawet udać delegacja z Dagestanu, aby zniechęcić rodaków do powrotu do Rosji. Jeśli wydaje się to wszystko nieprawdopodobne, wystarczy sobie przypomnieć: Rosja ma długą tradycję pozbywania się niechciany elementów poprzez przymusową emigrację. To spotkało Czerkiesów w II poł. XIX w., potem antysystemowe elementy w ZSRR. Teraz po prostu powtórzono manewr, który sprawdził się w poprzednich przypadkach.

Jałta 2.0


Rosja jest wściekła na Zachód. Za rozszerzanie NATO, Libię, Ukrainę, sankcje, czy nawet niskie ceny ropy, bo te zdaniem wielu rosyjskich analityków nie spadłyby bez interwencji Białego Domu. Na Kremlu dominuje motyw podnoszenia się z kolan i odbudowywania imperium, czyli zmiany światowego porządku. Założenie: wprowadzenie podziału świata na strefy wpływów, do których inni wielcy gracze nie mieliby wstępu i odwołanie sankcji. Za głównego hamulcowego tego procesu Putin uważa, i słusznie, Amerykanów. Mimo największych starań, rozpętania wojny na Ukrainie i straszenia konfliktem nuklearnym, Moskwie nie udało się przekonać ich do ustępstw. Zatem cała nadzieja w Syrii.

Zachód ma obsesję na punkcie PI. Nic dziwnego. Ta organizacja szokuje brutalnością i do tego nie ukrywa, że zamierza atakować cele w Europie i w Stanach Zjednoczonych. Co gorsza, nawet jeśli jakimś cudem udałoby się umiarkowanym rebeliantom pokonać zarówno Asada jak i wewnętrzne podziały w swoich szeregach, wciąż musieliby się zmierzyć z PI. Inaczej mówiąc – dopóki organizacja al-Baghdadiego istnieje, dopóty pokój na Bliskim Wschodzie jest niemożliwy. A to dla Europy oznacza kolejne potoki uchodźców oraz podszywających się pod nich emigrantów zarobkowych. W efekcie wychodzi na to, że Rosja broniąc Asada, uniemożliwia ostateczne rozprawienie się z PI i trzyma Zachód w szachu.

Z tego powodu Putin dalej robi co może, aby straszyć największego sojusznika Stanów - Europę. Jeden z ostatnich przykładów tego podejścia wiąże się z przyjętą przez UE strategią zwalczania przemytników imigrantów. W maju uruchomiono jej pierwszy etap: na Morze Śródziemnomorskie wysłano na działania rekonesansowe okręty (w tym łodzie podwodne) oraz lotnictwo. 14 września AFP podało, że misja wchodzi w fazę drugą, czyli działań policyjno-wojskowych prowadzonych na wodach międzynarodowych. Trzecim krokiem będą działania punktowe na terytorium Libii. Rosja, ustami ministra spraw zagranicznych Sergieja Ławrowa, już się w tym temacie wypowiedziała. Operacja musi zostać przeprowadzona z poszanowaniem prawa międzynarodowego, co oznacza, że będzie zdaniem Kremla wymagała zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ, w której Rosjanie mają prawo veta. Moskwa chętnie z niego zrezygnuje, podobnie jak pomoże Europie rozplątać duszący ją syryjski węzeł, o ile Bruksela i Waszyngton uznają interesy Rosjan na Bliskim Wschodzie oraz w Europie Wschodniej.

Rosyjska ruletka


Rosja rozgrywając PI i konflikt syryjski sporo ryzykuje. Ostatnia interwencja w kraju muzułmańskim, Afganistanie, walnie przyczyniła się do upadku ZSRR. Pytanie jak rozchwiany system putinowski zniesie nieuniknione straty, które pociągnie za sobą syryjska awantura. Jak pokazuje konflikt na Donbasie, te raczej się nie ukryją przed rosyjską opinią publiczną. Przynajmniej tą jej bardziej liberalną częścią. Tym bardziej przed rosyjskimi muzułmanami (w większości sunnitami), choć już z innego względu. Jedną rzeczą jest popierać Asada, inną dla niego walczyć. Ta korekta kursu może im się nie spodobać, zwłaszcza, że wśród muzułmanów żyjących w Rosji dżihadystowska propaganda zbiera obfite żniwo (wg. ostatnich szacunków FSB ponad 5 tys. obywateli b. ZSRR, w tym 2,4 tys. obywateli Rosji, walczy tylko w szeregach PI).

Druga rzecz: jednym z głównych przeciwników Rosji będzie w tym starciu Front al-Nusra, czyli Al-Kaida. Jej liderzy bardzo dobrze pamiętają korzenie organizacji – ugrupowanie powstało i urosło w siłę podczas konfrontacji z Sowietami. Al-Kaida rywalizująca o pozycję w świecie globalnego dżihadu z PI nie może przegapić takiej szansy do poprawy swojego statusu.

Wreszcie pojawia się motyw zemsty. Syryjczycy, a szerzej Sunnici, powszechnie za przedłużający się konflikt w Syrii i trwanie Asada obwiniają Rosję. Do tego doliczyć należy sporą rzesze uciekinierów z Kaukazu i krajów b. ZSRR, którzy z Rosjanami też mają niewyrównane rachunki. Do tej pory potencjalni ochotnicy z tych krajów stali przed dylematem: jechać na Ukrainę i walczyć w obcej, narodowowyzwoleńczej sprawie, która nijak się miała do koncepcji świętej wojny czy może do Syrii, konfliktu przesyconego religijnymi motywami, ale gdzie dotąd Rosji nie było. Wraz z pojawieniem się rosyjskich żołnierzy na Bliskim Wschodzie ten problem znika. Przedstawiciel zachodniego świata (mimo wszystko), gnębiciel muzułmanów, nareszcie znalazł się w zasięgu strzału z kałasznikowa w terenie, w którym nie ma, jak na Kaukazie, druzgoczącej przewagi. Może to oznaczać tyle, że dla części rebeliantów nie Asad, Hezbollah, ani nawet PI, lecz Rosja stanie się celem numer jeden w Syrii. Pierwsze tego oznaki już są. 21 września w Damaszku ktoś już ostrzelał rosyjską ambasadę z granatnika.

Tekst napisany 21.09.2015 r.

środa, 9 września 2015

Does Russia really want to fight against the so-called Islamic State in Syria?

More and more reports confirm growing presence of Russian military forces in Syria. Soldiers, equipment and even fighter jets are being moved to Syrian province Latakia. However, until now, Kremlin denies to have any plans for use of its troops to support Bashar al-Assad. Reality proves something completely different - Russians are already fighting on the ground (see the report here). The question arises: what is the Moscow's action plan for Syria?

Since the beginning of the conflict Russia actively supports the Syrian regime by providing funds, military hardware, advisors, instructors and logistic personnel. Still Assad forces have been unable to withstand rebel forces and on March lost Idlib, what was nothing else as the biggest blow to Bashar's supporters in two years. For Kremlin it was a really bad information. The regime seemed to tremble under rebels pressure endangering Russian interests in the Middle East (Syria is a key ally of Moscow in the region. The fall of Assad will mean Russia's withdrawal from the Middle East).

Media presented revelations on Russian troops in Syria in the context of fight against IS. Unfortunately Russia doesn't have reason to fight against al-Baghdadi followers as this is not the faction, which pose the most serious threat to Assad. It was nothing more than misinterpretation of the situation or Russian propaganda trick to conceal the real agenda of Moscow.

In fact Russian troops have been deployed mainly to coastal province Latakia. Firstly, to protect Russia's naval base in Tartus. Secondary, to step up training efforts of pro-regime forces. Lastly, to secure Latakia against rebels (Russians are building now a military airfield in the province) and, if needed, to defend it for Assad (it may be a hint of what solution - partition of the country - is currently on the table to end war in Syria). IS currently doesn't conduct military operation to conquer Latakia, but Nusra Front and other, less radical rebel groups do (see the map).

What's more Kremlin treats the rise of IS as an opportunity. Domestically it exploited the outflow of potential recruits for Northern Caucasus Islamic insurgency to Syria (actually some reports indicate that FSB encouraged Dagestan's salafists to join IS abroad) and as a result almost crushed (or crushed) the so-called Caucasus Emirate. In global context, and contrary to what I have just written few lines above, Russia might not see a quick end of war in Syria as the most suitable solution. The conflict draws resources from USA and its allies engaged in the operation against IS. Additionally, what Kremlin didn't manage to achieve by its diplomatic offensive and media propaganda after the annexation of Crimea, Syrian war did. The biggest influx of refugees to EU since World War Two successfully divided Europe and undermined European solidarity.

After coming to power, Putin, forged a strategy to strengthen Russia position in the Old Continent. The main point of it was to deal with EU not as entity, but by making business with single, leading countries (Germany, France, Italy) behind the back of others. Putin is now closer to achieve his goal than ever before. And he is a talented player. He used Islamic insurgency in Chechnya to cement his rules in Russia and to lay foundations for the future Russian autocratic state. Now Putin wants Islamists from IS to help him win Europe.

czwartek, 11 czerwca 2015

Najambitniejszy plan modernizacji współczesnej Rosji upada. Czyżby Kreml w tej sytuacji zamierzał uczyć się od Chińczyków?

Tony złomu prosto z nieba. Prezent od Rosji dla świata. Tyle zostało ze statku transportowego Progress m27-m wysłanego na Międzynarodową Stację Kosmiczną, który po długim, niekontrolowanym locie spalił się nad Oceanem Spokojnym. Była to kolejna wpadka rosyjskiego przemysłu kosmicznego, zdecydowanie najbardziej spektakularna od czasu wystrzelenia sondy Fobos-Grunt w 2012 r. Ta zamiast dolecieć do Marsa rozpadła się na orbicie okołoziemskiej. Rzecz tu o tworach jednego z najbardziej zaawansowanych technologicznie sektorów rosyjskiej gospodarki - przemysłu kosmicznego. Co to mówi o całej Rosji?

W połowie XX w. Związek Radziecki był bez wątpienia naukową potęgą. W 1957 r. Sowieci wystrzelili Sputnika, czyli pierwszego sztucznego satelitę Ziemi. Napędzili tym ogromnego stracha Amerykanom, którzy oczami wyobraźni już widzieli spadające na nich z kosmosu atomowe bomby. Wyścig kosmiczny, a za nim zbrojeń, rozpoczął się wtedy na dobre. Jak się skończył wiadomo. Stany Zjednoczone stały się najnowocześniejszą gospodarką na świecie i dorobiły się słynnej Doliny Krzemowej, w której miliony jak nie dziesiątki lub setki milionów najinteligentniejszych ludzi na świecie marzy by pracować. ZSRR przestało istnieć. Pozostała po nim Rosja jest wszystkim tylko nie potęgą naukową.

Dzisiejsza Rosja w porównaniu do Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej, Japonii, Korei Południowej czy nawet pozostałych państw BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny) to naukowy liliput. Jak podaje agencja Thomson Reuters na Rosję w 2012 r. przypadło zaledwie 2,1 proc. artykułów naukowych zamieszczonych w światowej bazie danych World of Science (spadek z 3 proc. w 2003 r.). Ich jakość też nie jest najwyższa. Liczba cytowań opublikowanych prac naukowych rosyjskich badaczy jest niższa o 19 proc. w stosunku do światowej średniej. Trochę lepiej sytuacja przedstawia się z patentami. Rosja lokuje się gdzieś pomiędzy Francją i Niemcami, przed Brazylią oraz Indiami, ale za to daleko z Chinami i Stanami Zjednoczonymi, a więc dwoma głównymi światowymi potęgami oraz rywalami Moskwy.
Władze na Kremlu są świadome konsekwencji tej sytuacji. Bez postępu naukowego o odbudowie imperium rosyjskiego można co najwyżej pomarzyć. Z tej refleksji narodził się najambitniejszy projekt modernizacyjny we współczesnej Rosji. Jego prawdziwa natura nigdy na Zachodzie nie została tak naprawdę dostrzeżona.

Plan Dmitrija

Nazwano go marionetką, gdy po raz pierwszy pojawił się na scenie politycznej. Na jedną kadencję zastąpił Władimira Putina w prezydenckim fotelu, ale nie tylko po to by w nim siedzieć. Dmitrij Miedwiediew miał plan by zmodernizować Rosję, którą w napisanym przez siebie artykule programowym „Naprzód Rosjo” nie wahał się nazwać zacofaną i przeżartą przez korupcję. Jej główną słabością, stwierdził, miało być to co skłoniło senatora Johna McCaina do nazwania wschodniego sąsiada Polski stacją benzynową – niemal całkowite oparcie gospodarki na handlu surowcami naturalnymi. „ Sprzedajemy rzeczy, których nie wyprodukowaliśmy, surowe materiały lub importowane towary. Gotowe produkty wytwarzane w Rosji w większości charakteryzuje ekstremalnie niska konkurencyjność” – napisał w 2009 r. Miedwiediew. Receptą prezydenta na ten stan rzeczy miało być rozwijanie nowych technologii w Rosji. Rok później narodził się projekt Skołkowo.

Skołkowo jest niewielką wsią położoną zaledwie 2 km od MKAD-u, czyli słynnej, liczącej ponad 100 km długości obwodnicy wokół Moskwy. Do czasu przyjścia na Kreml Miedwiediewa poza paroma domami i bazarem nie było tu nic. A potem pojawiły się dźwigi, koparki, ciężarówki i obsługujący je budowlańcy, którzy zaczęli wznosić w tym miejscu szklane biurowce. Według wizji Miedwiediewa w Skołkowo miał powstać park technologiczny o powierzchni 2,5 mld m2, w którym pracowałoby od 25 do 50 tys. najbystrzejszych i najśmielszych umysłów Rosji. Stąd zaawansowane technologie dalej płynęłyby w Rosję modernizując jej gospodarkę. W projekt planowano zainwestować 125,5 mld rubli (ok. 13,7 mld zł według kursu z 2010 r.) do 2020 r. Serce przedsięwzięcia stanowiłby Skoltech, czyli odpowiednik amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology, gdzie planowano zatrudnić w charakterze kadry dydaktycznej nawet 200 naukowców światowej rangi. W ich doborze mieli pomóc zresztą pracownicy MIT-u, z którymi Rosjanie nawiązali bliską współpracę. Amerykanom zapłacono również za przygotowanie programu nauczania oraz pomoc w budowie struktur organizacyjnych dla Skoltechu. Dlaczego na partnera Skołkowo nie wybrano kogoś z Doliny Krzemowej? Wbrew powszechnemu przekonaniu Rosjanie przy planowaniu swojego zagłębia startupów nie wzorowali się na niej, lecz na tzw. Drodze 128, czyli leżącym w okolicach Bostonu klasterze technologicznym. Jego sercem jest właśnie MIT. Niemniej nawet to rozwiązanie, ani nawet współpraca z potentatami technologicznymi w rodzaju Cisco, IBM-a czy Siemensa nie ocaliły dziecka Miedwiediewa przed katastrofą. I to jeszcze zanim te na dobre się narodziło.

Z początku przyszłość Skołkowo zapowiadała się nienajgorzej. W 2011 r. w parku technologicznym zarejestrowane były już 332 firmy, rok później 793, w szczytowym 2013 r. ponad 1 tys., ale ta liczba była już tylko efektem siły rozpędu. Skołkowo cierpi z powodu złego zarządzania oraz korupcji, która spowalniają tempo realizacji projektu oraz niebotycznie zwiększają jego koszty. Jak wiadomo z przykładu chociażby Olimpiady w Soczi w rosyjskiej rzeczywistości nie jest to nic niezwykłego, a jednak w tym wypadku całą sprawą zainteresował się rosyjski Komitet Śledczy. Jego agenci przeprowadzili nalot na biuro wiceprezesa fundacji Skołkowo, gdy akurat w tym czasie przebywał w nim Dusty Robbins, jeden z czołowych dyrektorów Intela. Siłą rozpędu służby zarekwirowały Amerykaninowi paszport i telefon, zagrożono mu nawet więzieniem, ale ostatecznie wypuszczono. Efekt tego incydentu był łatwy do przewidzenia. Dyrektor Intela pojechał prosto na lotnisko by nigdy do Skołkowo nie wrócić. Zachodni przedsiębiorcy i naukowcy przestali się łudzić, że mają w ogóle czego w Rosji szukać.

Ta historia nie była przypadkiem, lecz prawdopodobnie dobrze skalkulowanym działaniem. Za sabotażem mógł stać nie kto inny jak Władimir Puitn, który w tym czasie ponownie objął urząd prezydenta Rosji. Dlaczego przeszkadzało mu Skołkowo? Czyżby Putin nie chciał by rządzone przez niego państwo dysponowało najnowszymi osiągnięciami nauki? Jak twierdzi Oleg Raszydow,autor książki "Skołkowo: przymuszenie do cudu", problemem okazały się ambicje Miedwiediewa. Ten bowiem zapalony miłośnik nowych technologii doskonale rozumiał, że do unowocześnienia państwa potrzeba czegoś więcej niż pieniędzy i odgórnie wydawanych zarządzeń. Rosja potrzebowała reform, które przeciwdziałałby wszechobecnej korupcji oraz ograniczyły samowolę urzędników i służb. Do wprowadzenia tych zmian Miedwiediewowi nie starczyło jednak politycznego poparcia dlatego zdecydował się na eksperyment. Skołkowo miało być poletkiem doświadczalnym, na którym miano przetestować alternatywny model zarządzania Rosją. Wypracowane rozwiązania, jeśli okazałyby się efektywne, mogłyby potem zostać przeszczepione na poziom ogólnokrajowy. Kto wie, czy by się tak rzeczywiście nie stało, gdyby ten śmiały pomysł udało się dociągnąć do końca?

Z Zachodu na Wschód

Dzisiaj ze Skołkowo nie pozostało wiele. Co prawda oficjalnie projekt nadal jest kontynuowany, ale chyba nikt już nie wierzy w jego sukces. Przynajmniej nie w jego pierwotnej postaci. Na terenie parku jak dotąd wybudowano zaledwie dwa kompleksy - tzw. hiperklub i technopark. Kolejny najwcześniej zostanie oddany do użytku w 2016 r., o ile starczy ku temu pieniędzy. Na Skołkowo wydano już ok. 75 mld rubli, a więc ponad połowę zaplanowanych środków. Tymczasem rosyjskie ministerstwo finansów już pod koniec 2014 r. chciało uciąć finansowanie projektu o 20-30 proc. Te plany jak dotąd nie weszły w życie, ale już ich pojawienie się niczego dobre nie wieszczy. Podobnie jak odpływ zachodniej kadry naukowej oraz odejście głównego propagandysty Kremla Władisława Surkowa ze stanowiska prezesa rady zarządzającej Skoltechu (oficjalnie z powodu sankcji, którymi objęli go Amerykanie).Także jeden z głównych pomysłodawców całego projektu Ilja Ponomariow, fizyk i poseł, znalazł się w poważnych tarapatach po tym jak rosyjska prokuratura oskarżyła go o zdefraudowanie środków otrzymanych od Skołkowo. Sam podejrzany odpowiada, że prześladuje się go z powodów politycznych (Ponomariow jako jedyny w Dumie głosował przeciwko aneksji Krymu przez Rosję), ale jego bliskie związki z modernizacyjnym projektem Miedwiediewa zapewne odegrały tutaj swoją rolę. Na dodatek całkiem niedawno, bo w marcu, ze Skołkowo pożegnało się ponad 70 firm. Zbyt wielu chętnych na ich miejsce nie widać, bo co bardziej innowacyjne startupy z Rosji raczej uciekają niż próbują się w niej rozwijać.
Upadek Skołkowo to w dużej mierze również skutek posunięć Kremla na arenie międzynarodowej. Sankcje i wojna na Ukrainie zniechęciły zachodnich inwestorów do Rosji, co pociągnęło za sobą odpływ kapitału. W tym ludzkiego. W przeciągu pierwszych ośmiu miesięcy 2014 r. opuściło ponad 200 tys. ludzi, a więc najwięcej od 1999 r., gdy Władimir Putin objął ster rządów. Wielu emigrantów to osoby wykształcone, przedsiębiorcze, dla których w dzisiejszej Rosji nie ma po prostu miejsca. W przeciwnie do krajów Zachodu. Kreml udaje, że się tym nie przejmuje i rozwija nową koncepcję modernizacji państwa.

Rosja przede wszystkim próbuje zreformować to co już ma. Z tego względu przebudowuje się słynną Rosyjską Akademię Nauk wywołując przy tym fale protestów niezadowolonych uczonych, zmienia system przyznawania grantów na badania oraz zapowiada kontynuacje być może jedynego udanego programu wspierania rozwoju nauki tzw. megagrantów, który według ministra edukacjii Dmitrija Liwanowa od 2010 r. przyniósł Rosji 500 patentów. Przebudowie ma również ulec Roskosmos, co niedawno zapowiedział wicepremier Dmitrij Rogozin. Wkrótce wystartuje też Narodowa Inicjatywa Technologiczna zapowiedziana jeszcze w grudniu zeszłego roku przez Putina. Jej cel to zwiększenie konkurencyjności Rosji na światowych rynkach zaawansowanych technologii. Na pierwszy plan mają pójść inwestycje w drony.
Ten wybór to nie przypadek. W dyktowanym przez Kreml pędzie ku nowym technologiom w niewielkim stopniu liczą się usługi dla konsumentów. Przede wszystkim chodzi o obronność i wzmacnianie potencjału militarnego Rosji. MCST (Moscow Center of SPARC Technologies),rosyjska firma zajmująca się projektowaniem mikroprocesorów, zaprezentowała niedawno nowy czterordzeniowy procesor Elbrus-4C. W porównaniu do zachodnich urządzeń obecnych na rynku jest on przestarzały o kilka lat, a może i całą dekadę, ale nie o to w nim chodzi. Ważne, że produkuje się go w Rosji, dzięki czemu Amerykanie nie będą mogli wmontować do niego swych urządzeń szpiegowskich. Tego typu myślenie podparte narodową dumą dominuje obecnie w Moskwie. Stąd wziął się niedawno ogłoszony pomysł o budowie rosyjskiego systemu operacyjnego dla urządzeń mobilnych. Tymi samymi kategoriami myśli się również w ministerstwo spraw wewnętrznych FR, które ostatnio poinformowało, że będzie prowadzić własny program innowacyjny, tak aby policja i wojska wewnętrzne mogły rozwijać własne zaawansowane technologie z robotami na czele.

Najciekawszy jest jednak rosyjski zwrot na Wschód. Po rozsypaniu się współpracy z Zachodem, Putin szuka pomocy u Chińczyków. Pierwsze sukcesy już ma. Skołkowo nawiązało niedawno współpracę z chińską grupą inwestycyjną Cybernaut dysponującą aktywami o wartości 5 mld dolarów. Chińczycy będą więc inwestować w rosyjskie startupy. Niemniej to nie o pieniądze są tym co najcenniejszego Państwo Środka ma do zaoferowania Rosjanom. Pozyskanie know-how odnośnie tego jak na temat zmodernizować gospodarkę przy zachowaniu niezmienionego ustroju politycznego jest tym co Putin w rzeczywistości pragnie zdobyć. Pytanie czy Rosjanie się na tej współpracy nie przejadą? Chińczycy nie ukrywają, że zależy im na poznaniu tajemnic rosyjskich w tych dziedzinach, w których jeszcze Rosja wyprzedza Chiny, czyli w obrębie sektora kosmicznego, nuklearnego i militarnego. Stąd wysyp wspólnych inicjatyw w rodzaju budowy rosyjsko-chińskiego liniowca C929, okrzykniętego nowym Jumbo Jetem czy podpisania współpracy o partnerstwie o współpracy w zakresie eksploracji kosmosu. Drugim celem jest podbicie nielicznych, innowacyjnych rosyjskich firm chińskim kapitałem, z którym w przeciwieństwie do europejskiego czy amerykańskiego Moskwa nie będzie mogła tak sobie łatwo pogrywać. Jak to się wpisuje w plany Władimira Putina odbudowy mocarstwowej Rosji, wie tylko on sam jeden.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Ramzan Kadyrov - the Taekwondo Master

When I first saw an information that Kadyrov recieved 6th Dan in TKD I couldn't believe. Why the heck the ETU, which stands for European Taekwondo Union (part of the World Taekwondo Federation, member of the Association of Summer Olympic International Federations) would give a honorable distinction to the man, who can barely raise his leg and is involved both in political killings and serious crimes against his own nation? My second question was why the ETU has decided to organize European TKD championship in Grozny? To find answers I wrote to Mr. Sakis Pragalos, the president of the ETU:

My questions were:

1. Why the ETU has decided to organize the Championship in Grozny? Who made the final decision? Has Mr. Kadyrov or his administration offered money or any other benefits to the ETU President or Vice-President in return?
2. Doesn't the ETU as an European organization mind that Mr. Kadyrov is involved in serious crimes against journalists, human rights workers, political figures and ordinary members of Chechen society? How collaboration with person of so dubious reputation is corresponding with the ETU and TKD values?
3. On what basis Mr. Kadyrov got 6th in TKD from the ETU?
4. What is the exact date of the tournament in Grozny?

And I got these answers:

1. ETU has not decided to host a championship in Grozny and the article
you are referring to does not mention this. During the meeting,
opportunities to host an event in Grozny were discussed. For your
information, the ETU Council is the decision making body with regard to
awarding events. In no way, form or shape, financial or other benefits
have been offered.
2. ETU was invited to visit the taekwondo event in Chechnya as the ETU
president was in the Kabardino-Balkaria region for the 1st European
Championships Olympic weight categories. As taekwondo is a sport that
promotes peace, friendship and sportsmanship, the ETU president decided to
visit the event.
3. It is common practice to award honorary dan grades to high ranking
government officials and heads of state. Mr. Putin, Mr. Obama, Mr. Ban Ki
Moon and many other heads of state and officials have been awarded
honorary dan grades. Mr. Kadyrov is no exception.
4. Answered above.

Plus a comment:

ETU wants to make clear that the mission of ETU is to promote taekwondo
throughout Europe and the world. The Russian Taekwondo Union is a
respected member of the ETU and the European Taekwondo Family. The
promotion of taekwondo within the Russian territory is within the scope of
our operations.

What struck me most was the discrepancy between the Mr. Kadyrov and the Russian Taekwondo Union on one side and Mr. Pragalos words concerning the future tournament in Grozny. Will it be organized or not? Kadyrov and the RTU wrote that the decision was already made , but the ETU president denied that. To find the truth I send to Mr. Pragalos link to Mr. Kadyrov account on Instagram and asked him for a comment regarding the event. I never got reply from him. The same happened to my questions concerning ethics of the ETU in relation to cooperation with Mr. Kadyrov. By the way I also wrote to the WTF office in Switzerland, but after more than two weeks I still don't have any answer from them.

Why does this story matter?

 Because:
1) The ETU is the European organization and should promote European, Olympic and Taekwondo values. Cooperation with a despotic ruler, who turned Chechnya into his North-Korean style fiefdom, hardly helps to achieve this aim.
2) If you practice Olympic TKD in Europe you should know what your organization is doing in your name.
3) Someone needs to protest against selling sport values for money. In this case to Kadyrov's money.
4) Last but not least the best way to show Mr. Kadyrov disapproval of his policy inside and outside Russia is to hit him in his weakest point: SPORT.

P.s. English isn't my first language, so behave nicely.

niedziela, 15 marca 2015

Rosja utworzy Agencję ds. Narodowościowych - próba uniknięcia kłopotów czy nałożenia kagańca?

Prezydent W. Putin polecił premierowi Miedwiediewowi sporządzenie do 15 kwietnia b.r. koncepcji Federalnej Agencję ds. Narodowościowych. Agencja miałaby "realizować politykę państwa w obszarze międzynarodowych i etniczno-religijnych stosunków oraz podejmować działania nakierunkowane na wzmocnienie jedności narodów FR". Drugim jej podstawowym zadaniem będzie "dbanie o zgodę religijną i narodową oraz podejmowanie kroków w celu rozwoju etnokulturowego narodów FR".
Pomysł jak na FR nienowy. Do 2001 r. w Rosji działało ministerstwo ds. polityki narodowościowej. Po jego likwidacji jeszcze przez trzy lata istniał urząd stosownego ministra tyle, że bez teki. Potem kolejno kwestie narodowościowe przechodziły do ministerstwa kultury, stamtąd do ministerstwa rozwoju regionalnego, by po jego likwidacji w zeszłym roku wrócić z powrotem do resortu kultury. Czy zatem zapowiedź utworzenia agencji nie oznacza nic specjalnego? Tak i nie.
Powołanie agencji będzie kolejnym krokiem w realizacji przedstawionej przez W. Putina w grudniu 2012 r. "państwowej strategii narodowościowej Federacji Rosyjskiej do 2025 r." Zarówno z niej jak i z wcześniej opublikowanego przez W. Putina artykułu "Rosja: kwestia narodowościowa" można wywnioskować parę istotnych faktów:

1. Zgoda narodowa jest warunkiem stabilności i dalszego istnienia Federacji Rosyjskiej
2. W Rosji narastają problemy na tle narodowościowym, które domagają się nadzoru i rozwiązania ze strony państwa.
3. Nacjonalizm jest śmiertelnym zagrożeniem dla Rosji.
4. Elementy o zabarwieniu etnicznym takie jak rosyjska kultura i język, ale też wspólna historia, wspólny wróg (Zachód)i wspólna religia (prawosławie) mają być czynnikami spajającymi narody FR.

Co się rzuca od razu w oczy jest fakt, że Putin od początku musiał sobie zdawać sprawę z zagrożenia jakie niesie oparcie kampanii na Ukrainie na rosyjskich (w rozumieniu etnicznym) nacjonalistach i imperialistach, a następnie rozwijanie koncepcji "ruskiego świata" w Rosji. Mimo wszystko zdecydował się na podjęcie ryzyka. Na razie mu się to opłaciło, ale pierwsze oznaki niezadowolenia wśród mniejszości już się pojawiają. Damir Muchetdinow, zastępca muftiego Duchownego Zarządu Muzułmanów Rosji, skrytykował publicznie ideę "ruskiego świata" za to, że nie bierze ona pod uwagę interesów muzułmańskich obywateli FR.

Pojawienie się agencji może oznaczać, że do władz docierają sygnały o nabrzmiewających konfliktach pomiędzy mniejszościami i etnicznymi Rosjanami. Lęk tych pierwszych wywołują przybierające nastroje ksenofobiczne wśród tytularnej większości i nie tylko. Zmiany w polityce historycznej, oparcie się na prawosławiu muszą wywoływać niezadowolenie mniejszych narodów Rosji. Może to być również sygnał, że wobec kurczących się zasobów Kreml spodziewa się tarć etnicznych. Zadaniem agencji będzie im zapobieganie i rozwiązywanie lub przynajmniej łagodzenie oraz kontrolowanie przebiegu. Wreszcie jednym z głównych zadań nowego organu zapewne będzie monitorowanie nastrojów wśród mniejszości oraz ich liderów pod kątem ich nastawienia wobec władzy centralnej.

Linki:
http://kremlin.ru/assignments/47849
http://base.garant.ru/70284810/
http://www.ng.ru/politics/2012-01-23/1_national.html
http://islam.ru/news/2015-03-14/13321

poniedziałek, 23 lutego 2015

4 argumenty świadczące o zamiarze kontynuowania przez Rosję wojny na Ukrainie, czyli taktyki salami ciąg dalszy

1. Przygotowania do dalszych działań wojennych trwają. Porozumienie pokojowe Minsk -1 z września 2014 r. zostało wykorzystane do przegrupowania sił, a następnie punktowego uderzenia na donieckie lotnisko, a potem zajęcie Debalcewa. Minsk-2 służy również przegrupowaniu wojsk rosyjskich i separatystów by prawdopodobnie wiosną zaatakować w okolicach Mariupolu, o czym świadczą doniesienia o dostawach rosyjskiego sprzętu wojskowego i żołnierzy tym w regionie. Kolejne możliwe kierunki natarć? Od północny na Charków , z południa na Dzierżyńsk i Artiomowsk. Nie należy również zapominać o zgrupowaniach wojsk rosyjskich na Krymie i Naddniestrzu, ale te na razie służą głównie jako rezerwuar ochotników do walki na Donbasie oraz przysłowiowy as w rękawie.

2. Pogłębienie fermentu wewnętrznego mającego doprowadzić do upadku obecnych władz w Kijowie. Ukraińskie źródła cytowane przez brytyjski "Sunday Times" twierdzą, że obecnym celem Kremla jest maksymalizacja niezadowolenia społecznego z prezydenta Poroszenki i doprowadzenie do kolejne rewolucji, tym razem nacjonalistycznej. Pogłębieniu chaosu na Ukrainie mają również służyć działania dywersyjne i terrorystyczne realizowane przez rosyjskie służby specjalne lub pod ich kuratelą. Przykładami są zamachy np. w Charkowie, Odessie czy nieudane w Mariupolu oraz Kijowie. Warto jeszcze wspomnieć o spotkaniu 15 lutego W. Putina z przedstawicielami organizacji weteranów, w trakcie którego poruszono temat akcji Sztorm-333. Operacja przeprowadzona przez rosyjskich komandosów 36 lat temu doprowadziła do śmierci prezydenta Afganistanu Hafizullaha Amina i ułatwiła inwazję ZSRR na Afganistan. Pojawienie się tej historii akurat teraz (przez prezydenta FR wskazana jako przykład heroizmu) należy poczytywać co najmniej jako groźbę pod adresem Kijowa.

3. Prorosyjscy pretendenci do tronu z "uprawnionymi" roszczeniami od dawna czekają na polecenia z Kremla.
A te być może właśnie nadeszły. Przebywający w Rosji obalony prezydent Wiktor Janukowycz objawił się 21 lutego na antenie rosyjskiego telewizji państwowej Rossija-1. W wywiadzie zapowiedział powrót na Ukrainę by bronić jej obywateli przed bezprawiem dziejącym się w kraju. Tego samego dnia były ukraiński premier i współpracownik Janukowycza, Nikołaj Azarow oznajmił o konieczności powołania rządu na wygnaniu. Dzień później deputowany Dumy, Michaił Jemielianow zaproponował by siedziba ukraińskiego rządu na wygnaniu znajdowała się na Donbasie.

4. Nasilenie dyplomatycznej ofensywy Putina zmierzającej do osłabienia stanowiska Unii Europejskiej wobec Rosji.
Temu służył ostatnie wyjazd prezydenta FR do Budapesztu i taki cel będzie przyświecał zaplanowanej na marzec wizyty we Włoszech. Podobnie widać rosnące zaangażowanie Rosjan w budowanie prorosyjskich ruchów politycznych w państwach Unii Europejskiej, czego przykładem jest świeżo powstała w Polsce prokremlowska partia Zmiana. Ofensywa polityczna sugeruje, że Moskwa nie zamierza zmieniać swojej agresywnej polityki wobec Ukrainy.
Na koniec należy wspomnieć o wywiadzie, którego udzielił Władimir Putin 23 lutego kanałowi Rossija-1. Prezydent stwierdził w nim, że do wojny pomiędzy Rosją i Ukrainą raczej nie dojdzie, co w świetle powyższych faktów oraz wcześniejszych jego zapewnień o chociażby braku udziału wojsk FR w inwazji na Krym brzmi raczej złowieszczo.

środa, 22 października 2014

Parę ciekawych materiałów

Jeśli ktoś śledził wydarzenia Euromajdanu to z pewnością pamięta, że niejednokrotnie snuto hipotezy o udziale rosyjskich siłowików w tłumieniu protestów czy strzelaniu do protestujących. Od jakiegoś czasu pojawiają się materiały potwierdzające te tezy. Pod pierwszym linkiem znajdziemy zdjęcie rosyjskiego żołnierza wojsk powietrznodesantowych, który do niedawna jeszcze walczył na Donbasie (tam też stracił nogi). Pod drugim: jego zdjęcia w mundurze ukraińskiego berkutu (z tym z kałasznikowem) oraz na Krymie w mundurze zielonego człowieczka.

Link 1 i Link 2.

Kolejna rzecz: infografika ze strony espresso.tv, na której znajdziemy informacje na temat dyslokacji większości istotnych oddziałów DRL i LRL (nie armii rosyjskiej).



Wkrótce opiszę każdego z zarządzających tym bałaganem Panów z osobna.

niedziela, 19 października 2014

Cena ropy, rosyjski budżet i stabilność polityczna

Ciekawa, prosta w odczytaniu a zarazem dostarczająca masy materiału do przemyśleń. Zachęcam do zapoznania się ze świetną infografiką w wydaniu Radia Wolna Europa z anglojęzycznym komentarzem próbującą odpowiedzieć na pytanie co się może stać z dzisiejszą Rosją wobec spadających cen za baryłkę ropy.

Już wkrótce myślę, że interesujący materiał na temat pewnej organizacji działającej w Polsce.

czwartek, 9 października 2014

Raport ONZ o sytuacji na Ukrainie

Dostępny w j. angielskim pod tym linkiem, zaś dotycząca jego prasówka tu. Co z niego wyczytamy? Przede wszystkim to, że od połowy kwietnia do 16 września (przedział czasowy objęty raportem) w konflikcie zginęło 3517 osób a przynajmniej 8198 zostało rannych. W okresie od 6 września do 6 października, czyli od ogłoszenia zawieszenia broni, śmierć poniosło przynajmniej kolejne 331 osób. Ponadto rzecz ważna: ONZ obwiniło za śmierć cywilów zarówno rebeliantów jak i ukraińskie wojska rządowe (pkt 4 streszczenia dostępnego na samym początku raportu).



czwartek, 2 października 2014

Cztery argumenty Rosji za aneksją Krymu.

Jakby ktoś nie wiedział, brzmią one następująco:

1. Rosjanie byli prześladowani na Krymie;
2. Krym był zawsze rosyjski;
3. Za Krym Rosjanie przelewali krew od wieków;
4. Krym oddano Ukrainie niezgodnie z prawem.

W jednym z ostatnich niezależnych serwisów informacyjnych Vedomosti.ru rozprawił się z zasadnością tych argumentów rosyjski historyk Andriej Zubow. Świetny materiał do poczytania.

poniedziałek, 29 września 2014

Znalezione w sieci

Trafiłem ostatnio na dwa ciekawe filmiki z Rosji. Pierwszy mówi sporo o autorytecie jaką cieszy się rosyjska władza wśród rosyjskich muzułmanów. Przy okazji przypomina o kwestii, która z racji sytuacji na Ukrainie zeszła na dalszy plan: muzułmańskiej mniejszości w Rosji.

Rosja ma problem z muzułmanami. Nie tylko z powodu tlącej na Kaukazie Północnym partyzantki. Większym kłopotem dla niej mogą być muzułmanie mieszkający w dużych miastach takich jak Moskwa. Właśnie oni mogą stać jednym z głównych ośrodków sprzeciwu wobec władz na Kremlu. Powodów ku temu jest wiele: praktykujący muzułmanie często należą do grup społecznych i etnicznych dyskryminowanych w Rosji (np. emigranci z Azji Centralnej i Kaukazu), niemal pewne jest, że wśród nich zachodzą te same procesy co wśród wyznawców islamu zamieszkujących inne części świata: ich przebudzeniu religijnemu często towarzyszy radykalizacja postaw społecznych (to temat na dłuższy esej, także tutaj nie będę się zagłębiał w szczegóły), jest to grupa nie popierająca polityki zagranicznej Putina (patrz Syria) ani nie specjalnie go kochająca. Jeśli do tego dodamy fakt, iż islam w Rosji stał się dla wielu nie tylko religią, ale też ideologią ponadnarodową (na filmie, gdzie ramię w ramię stoją ze sobą osoby z Kaukazu, Azji Centralnej a nawet Rosjanie-konwertyci) to rosyjska władza może mieć powód do rozmyślań.



W przypadku drugiego filmu, a właściwie klipu muzycznego, dotyczącego Ukrainy niewiele trzeba dodawać. Z tekstu piosenki dowiemy się jakie terytoria Rosja uznaje na dzień dzisiejszy za swoją strefę wpływów, odmawiając przy okazji zamieszkującej je ludności prawa do posiadania odmiennej opinii w tej kwestii. Przy okazji w klipie występuje w kuriozalnej i wyraźnie niezręcznej dla niego roli XX XX - kto obejrzy do końca ten zobaczy.



piątek, 26 września 2014

Skutki sankcji dla gospodarki Rosji

Odsyłam do ciekawej dyskusji w Radiu Swoboda oraz tekstu znanej publicystki Julii Łatyniny na łamach Nowej. Dla władających rosyjskim - rzecz obowiązkowa.

A w wolnej chwili wielgachna i efekciarska (pod względem graficznym) publikacja o turystyce w Inguszetii. Kto nie włada rosysjkim niech też obejrzy :)

piątek, 19 września 2014

Szkockie referendum a Rosja

Wyniki są już znane. Szkocja zostaje w składzie Wielkiej Brytanii. Przy mojej całej sympatii dla Szkotów z perspektywy europejskiej jest to zdecydowanie sytuacja na plus, także z powodu Rosji. Nie tylko dlatego, że zjednoczonej Europie będzie łatwiej prowadzić politykę zagraniczną względem naszego wschodniego sąsiada ani także z powodu dojrzałości politycznej, którą udało się Szkotom i Anglikom zademonstrować: zamiast chwytać za karabiny udowodnili, iż również dzisiaj drogą pokojową można decydować o rozdziale państwa. W dzisiejszej Rosji rzecz jasna podobna sztuka nie byłaby możliwa, ale i tak media rosyjskie to Kijów będą oskarżać o złą wolę. Oto zamiast pogodzić się z wynikami referendum poszedł na wojnę na Donbasie.

Nie to się jednak wydaje najważniejsze. Przy okazji konfliktu na Ukrainie obserwujemy wzajemną miłość pomiędzy środowiskami nacjonalistycznymi w Europie Zachodniej i Centralnej oraz Rosji (w tym w Polsce, o czym można poczytać tu i tu). Biorąc pod uwagę politykę Kremla, który chwyta się wszystkich sposobów by osłabić Unię Europejską, rozbić jej jedność oraz doprowadzić do fermentu wewnętrznego w państwach członkowskich łatwo przewidzieć pomysł jaki zakwitł w głowie rosyjskich decydentów. Polityka wspierania separatyzmów w Europie, zapewne drogą nieoficjalną, może być atrakcyjną strategią dla Moskwy (pomijając kwestię czy bezpieczną z punktu widzenia integralności terytorialnej Rosji). Rzecz jasna Rosjanie jeśli chcieliby iść tą ścieżką, nie tak jak na Kaukazie czy we wschodniej Europie, mieliby do dyspozycji dużo bardziej ograniczony zestaw narzędzi, ale wciąż mogących przynieść określone korzyści polityczne. Referendum w Szkocji w tej sytuacji pokazuje, że mimo wszystko nie tak łatwo będzie Unię Europejską podzielić.


p.s. W DRL czyli Donieckiej Republice Ludowej już padają oskarżenia pod adresem Londynu o to, że sfałszował wyniki szkockiego referendum...


niedziela, 14 września 2014

Sprawa ukraińska, kwestia polska a stan NATO

W najnowszym numerze "Polityki" znalazł się bardzo ciekawy tekst Juliusza Ćwielucha p.t. "Tajemnice wojskowe" traktujący o gotowości polskiej armii do obrony kraju w razie agresji. Z artykułem warto się zapoznać szczególnie, że pokazuje dobrze nasze braki w przypadku wybuchu konfliktu w rodzaju tego jaki obecnie trwa na Ukrainie. Przy tej okazji zachęcam także do zapoznania się z tekstem, który napisałem o stanie NATO na początku zeszłego roku. Trochę trąci myszką, ale myślę,że stanowi wartościowy głos w dyskusji na temat gotowości Sojuszu do obrony przed napaścią z zewnątrz.

Sojusz traci zęby


Przez kryzys Europa tnie budżety na obronę. Czy to znak, że na poważnie trzeba zacząć się martwić bezpieczeństwem kontynentu?

Robert Gates to były sekretarz obrony Stanów Zjednoczonych. Pracował najpierw w gabinecie George’a W. Busha, a potem Baracka Obamy. W czerwcu zeszłego roku, jeszcze zanim ustąpił ze stanowiska, wygłosił przemowę w Brukseli. Opowiadał o przyszłości NATO, jego zaangażowaniu w Afganistanie i Libii. Gates był zły na Europę. Mniej niż jedna trzecia europejskich członków Sojuszu wzięła się do obalania reżimu Muammara Kaddafiego. Prawdą jest, że jeśli nie USA, ten konflikt mógłby się ciągnąć długo jak wojna w Syrii. Libia obnażyła słabości NATO. Okazało się, że Europejczykom na niewiele zdają się nowoczesne samoloty, gdy brakuje do nich rakiet, latających cystern do tankowania w powietrzu i tak zwanych systemów ISR (ang. Intelligence, Surveillance and Reconnaissance – wywiad, obserwacja i rozpoznanie), czyli na przykład dronów do prowadzenia rekonesansu z powietrza. Gates wspomniał również o czymś innym.

Sojusz Północnoatlantycki liczy obecnie 28 członków, z czego aż 25 to państwa europejskie. Jednak ponad 75 proc. wszystkich wydatków na NATO pokrywają Amerykanie, którzy sami są przytłoczeni trudną sytuacją gospodarczą i umacniającą się pozycją międzynarodową Chin. - Waszyngton chciałby, aby Europa wzięła większą odpowiedzialność za bezpieczeństwo na kontynencie i we własnym bliskim sąsiedztwie – mówi Patryk Pawlak, analityk z Instytutu Unii Europejskiej Studiów nad Bezpieczeństwem (ang. European Union Institute for Security Studies). Przekładając na prostszy język Amerykanie marzą o tym, aby Europejczycy zwiększyli nakłady na obronność. Niestety, trend jest odwrotny. – Przed zakończeniem zimnej wojny ok. 35 proc. wydatków NATO pokrywały państwa europejskiej. Teraz pokrywają niewiele ponad 20 proc. i ten udział dalej się zmniejsza – twierdzi Jacek Durkalec, analityk projektu "nieproliferacja i kontrola zbrojeń" w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Głównym tego powodem jest kryzys gospodarczy.

Lista wyrzeczeń

– Cięcie budżetu na obronność to bardzo łatwy cel dla polityków szukających oszczędności w kasie państwa, bo obywatele nie odczuwają ich natychmiastowych skutków – twierdzi Pawlak. I to widać. W zeszłym roku wydatki europejskich członków NATO na obronę spadły do poziomu sprzed dziesięciu lat. Dr Christian Molling, ekspert od bezpieczeństwa europejskiego z niemieckiego think-tanku Stiftung Wissenschaft und Politik (SWP) twierdzi, że w średnich rozmiarów państwach europejskich budżety obronne skurczyły się przeciętnie o 10-15 proc., zaś w najmniejszych krajach nawet o ok. 20 proc. Litwa w 2010 r. zmniejszyła wydatki na obronę o 36 proc., z kolei Holandia pozbyła się wszystkich czołgów z armii. Zdarzają się jednak pozytywne wyjątki. Na przykład Polska, która w 2013 r. przeznaczy na wojsko o 2 mld zł. więcej niż 2012 r. Jednak na tle Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Francji nadal jesteśmy liliputem, jeśli chodzi o skalę wydatków na obronność. Cała trójka plasuje się w pierwszej dziesiątce państw świata pod względem nakładów na armię i zalicza się do głównych graczy NATO. Tymczasem Londyn i Berlin do 2015 r. planują redukcję budżetów obronnych o ok. 8 proc.

Zdaniem profesora Andrew Dormana, specjalisty od bezpieczeństwa międzynarodowego z londyńskiego King’s College i eksperta brytyjskiego think-tanku Chattam House, armia brytyjska do 2020 r. skurczy się do rozmiarów sprzed wojen burskich i będzie liczyć zaledwie 82-84 tys. żołnierzy. Brytyjski RAF (ang. Royal Air Force) również czekają trudne czasy. Z planu sprzed dekady dotyczącego zamówienia 232 myśliwców Eurofighter pozostały wspomnienia. Maszyn w sumie ma zostać zakupionych 160, z czego, prawie aż 1/3 wyjdzie z użytku do 2018 r. Z kolei w Royal Navy zapanowało oburzenie, gdy rozeszły się plotki, że z powodu cięć jeden z dwóch budowanych nowoczesnych lotniskowców typu Queen Elizabeth będzie sprzedany lub jego produkcja znacznie odłoży się w czasie. Niezbyt przekonująco sytuację usiłował uspokajać brytyjski minister obrony Philip Hammond, który powiedział, że istnieje realna możliwość utrzymania zamówienia w stanie nietkniętym.

W Niemczech też szykują się zmiany na gorsze. Cięcia (zaczną się najpóźniej w 2014 r.) przyczynią się do zmniejszenia wydatków na personel i skurczenia rozmiarów Bundeswehry z 220 tys. żołnierzy do 185 tys. Berlin przyśpieszy redukcję ilości posiadanych czołgów Leopard 2, samolotów transportowych, myśliwców Tornado i innego typu, czasem już przestarzałego sprzętu. Jednocześnie mniej zamówi nowych zabawek: 4 zamiast 6 astronomicznie drogich dronów Global Hawk, 80 w miejsce 120 śmigłowców szturmowych Tiger, 350, a nie 410 wozów piechoty Puma.

We Francji w przeciwieństwie do Niemiec i Wielkiej Brytanii sytuacja wygląda o wiele lepiej. Dotąd nie anulowano żadnego ważnego zamówienia na sprzęt wojskowy, jednak ciemne chmury już pojawiły się na horyzoncie. Do końca 2015 r. z armii zostanie zwolnionych ok. 54 tys. cywilów i wojskowych. W przyszłym roku planowana jest również redukcja budżetu na obronność o 3 proc. Prawdopodobnie spodziewać się zatem można wkrótce i zmniejszenia wydatków na sprzęt wojskowy.

Mniej wycieczek

Europa redukuje wydatki na obronność, gdy reszta świata zbroi się na potęgę. Chiny od 2002 r. zwiększyły budżet armii o 170 proc., Indie o 66 proc., zaś w Rosji trwa szeroko zakrojona, choć borykająca się z poważnymi trudnościami reforma sił zbrojnych. Jednocześnie przez Bliski Wschód i Afrykę Północną przetoczyły się rewolucje, których skutki wciąż trudno ocenić. Wiadomo na pewno, że nie zawsze są pozytywne. Świadczy o tym chociażby niedawna śmierć amerykańskiego ambasadora w zamachu w libijskim Bengazi albo przejęcie władzy przez islamskich radykałów w Mali, notabene utrzymujących się z porwań Europejczyków dla okupu. Tym samym niektóre problemy sąsiadów Europy, stają się jej własnymi. A te, jak to pokazał przykład Kaddafiego, nieraz trzeba rozwiązywać siłą. Tymczasem kurczenie się budżetów obronnych powoduje, że armie europejskie tracą zdolność do działania za granicą.

Najlepiej sytuacja wygląda w Niemczech. Tutaj ze zmniejszeniem wydatków wiążę się trwająca restrukturyzacja armii, która ma doprowadzić do zwiększenia jej potencjału interwencyjnego. Po zakończeniu reformy Bundeswehra mogłaby wysłać zagranicę zamiast obecnych 8 do 10 tys. żołnierzy, ale móc i chcieć to dwie różne rzeczy. Pokazała to awantura jaką wywołali niemieccy politycy przy okazji konfliktu w Libii. W jej efekcie Berlin do obalania Kaddafiego ręki nie przyłożył.

Francuzi za to w zeszłym roku walczyli chętnie. Armia francuska brała udział w interwencjach w Libii i na Wybrzeżu Kości Słoniowej oraz w operacji w Afganistanie i przeciwko somalijskim piratom. Francuscy żołnierze stacjonują też w Libanie. Jednak to wszystko kosztuje i stąd teraz niechęć do pchania się w kolejną zadymę, tym razem szykującą się w Mali. Paryż już zapowiedział, że nie zamierza wysyłać myśliwców nad Saharę, lecz co najwyżej skieruje instruktorów i doradców wojskowych do podszkolenia zdegenerowanej armii malijskiej. W porównaniu do libijskiej operacji to zdecydowanie minimalistyczne rozwiązanie, ale jak mówią eksperci francuskie siły zbrojne osiągnęły już maksimum możliwości, jeśli chodzi o misje zagraniczne. Co gorsza – nadchodzące cięcia ograniczą je jeszcze bardziej.

Na wyspach wszystko wydaje się już być pozamiatane. Jeszcze dziesięć lat temu Wielka Brytania rzeczywiście wydawała się potęgą militarną. W 2003 r., gdy Bush junior postanowił przemocą strącić Saddam Hussajna z prezydenckiego stołka, Londyn wsparł jego iracką awanturę i posłał na front 45 tys. żołnierzy. Dzisiaj, w skutek bolesnych redukcji budżetu na obronność, mógłby wystawić co najwyżej jedną trzecią tych sił.

Im dalej lustrować Europę tym jest jeszcze gorzej. Hiszpańska armia kurczy się w zastraszającym tempie, włoska robi wszystko, aby nie pójść w jej ślady. Żadne zagraniczne eskapady im teraz nie wg głowie. - Dalsze cięcia mogą doprowadzić do sytuacji, w której takie zaangażowanie jak w Libii, to będzie wszystko, na co stać natowską Europę – mówi Jacek Durkalec. Zatem z konieczności natowska Europa przechodzi do pozycji defensywnej. A tu sprawy też się nie mają najlepiej. – Chociaż Europejczycy ze wszystkich sił starają się przeprowadzać możliwie najbardziej bezboleśnie redukcję budżetów obronnych, to nie konsultują między sobą cięć dokonywanych w armiach. Działają na podstawie własnych planów i założeń – podkreśla Pawlak. – Niejednokrotnie sojusznicy dowiadują się o tym z gazet – dodaje Durkalec. Przez to w zdolnościach operacyjnych armii europejskich pojawiają się luki, które rzutują na potencjał militarny całego Sojuszu. Jak uważa dr Molling długoterminowym efektem tego zjawiska może być nawet utrata przewagi militarnej Europy nad resztą świata, a to już wiąże się z zagrożeniem naszego bezpieczeństwa. Zdaniem eksperta decyzje podejmowane w ciągu najbliższych 3-5 lat odegrają kluczową rolę w tym procesie.

Razem – lepiej?

Trwa poszukiwanie rozwiązań mających sprawić, że mimo kryzysu NATO zachowa swój potencjał militarny. Najwięcej się mówi o smart defence, czyli tzw. inteligentnej obronie. Pomysł opiera się na zacieśnieniu współpracy armii europejskich członków Sojuszu poprzez specjalizację w rozwijaniu konkretnych systemów militarnych. Te w razie potrzeby użytkowane byłyby wspólnie i tym sposobem generowano by oszczędności. Upraszczając, mogłoby wyglądać to tak: Państwo A rezygnowałoby z posiadania sił pancernych, zaś ciężar obrony jego granic lądowych w znacznej mierze przejmowałoby państwo B. W zamian państwo A skoncentrowałoby się na rozwijaniu konkretnych systemów dla marynarki wojennej, których potem używane byłyby wspólnie operacjach morskich. Podobny mechanizm działa już w praktyce. Baltic Air Policing to operacja Sojuszu pilnowania przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii. Żadne z tych trzech państw nie ma własnego lotnictwa, i dlatego ochroną ich nieba zajmują się wojska sojusznicze, w tym polskie. Z kolei republiki bałtyckie uczestniczą m.in. w misji w Afganistanie.

Pomimo, że idea smart defence brzmi dosyć sensownie to pomysł w obecnej formie wywołuje dużo wątpliwości. Wydaje się, że jest skoncentrowany głównie na oszczędzaniu. – Wśród ekspertów słychać obawy, że państwa europejskie potraktują smart defence jako pretekst do dalszego obcinania budżetów – potwierdza Durkalec. Brakuje szczegółowego planu realizacji całego mechanizmu. Świadczy o tym fakt, że armie europejskie bez porozumienia z sojusznikami nadal dokonują zakupu sprzętu wojskowego. Nie zadbano też o to, żeby w budowanie inteligentnej obrony dostatecznie zaangażować europejski przemysł obronny. Realizowane obecnie inicjatywy nie są również świeżą odpowiedzią na nowe potrzeby. Przykładowo program Baltic Air Policing rozpoczął się jeszcze w 2004 r., czyli na długo przed kryzysem. Tę listę zarzutów można by jeszcze dłużyć. Tymczasem tak naprawdę największą przeszkodą na drodze do wprowadzenia smart defence w życie jest strach. Aby mechanizm zaczął działać prawidłowo państwa europejskie muszą się zrzec pełnej kontroli nad własnymi armiami narodowymi. A to oznacza utratę części suwerenności i tego właśnie europejscy politycy się boją.

Te obawy są uzasadnione. Co jeśli w przypadku zagrożenia militarnego danego kraju członkowskiego, sojusznik dysponujący ważnymi środkami obrony (np. lotnictwem) odmówi udzielenia wsparcia to co wtedy? Albo wstrzyma się, tak jak to zrobiły Niemcy w przypadku Libii, przed uczestnictwem w misji zagranicznej NATO czym znacznie utrudni jej realizację? Może też zdarzyć się też tak, że spróbuje wycofać się ze swoich zobowiązań z przyczyn wewnątrzpolitycznych – zmiany rządu lub nastrojów wśród opinii publicznej. Co wtedy? Otóż nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że kryzys wymusza na Europejczykach przemyślenie roli jaką chcą pełnić w dzisiejszym świecie. – Robert Gates wyraźnie to podkreślił. Jeśli europejscy członkowie Sojuszu nadal nie będą podchodzić poważnie do kwestii współpracy militarnej, dysproporcje pomiędzy Europą i Stanami w końcu staną się zbyt duże. A to może spowodować, że obecni partnerzy nie będą już mogli ze sobą współdziałać – podsumowuje Durkalec.

środa, 27 sierpnia 2014

Analiza dotycząca Karabachu dla WP.PL

W czasie, gdy oczy wszystkich zwrócone były na wschodnią Ukrainę, w innym rejonie byłego Związku Radzieckiego zapachniało kolejną wojną. Między Armenią i Azerbejdżanem doszło do najpoważniejszych od 20 lat starć zbrojnych. I choć wygląda na to, że sytuacja wróciła do "normy", to nieustanie istnieje groźba wybuchu otwartego konfliktu - pisze Jarosław Marczuk dla Wirtualnej Polski. Cały tekst na WP.PL .

sobota, 19 kwietnia 2014

Treść porozumienia z Genewy

Całość. Polecam przeczytać i zastanowić się nad konsekwencjami jego zawarcia dla wszystkich zainteresowanych stron. Komentarz z mojej strony już wkrótce.

Raport na temat nienawiści na tle etnicznym w Rosji

Niedawno natrafiłem na ciekawy dokument. Raport przygotowany przez Centrum Badania Konfliktów Narodowościowych dotyczący tego zjawiska we współczesnej Rosji (okres wrzesień 2013 - marzec 2014). Jeden z interesujących wniosków: "Masowe zamieszki w Pugaczewie i Biruliewie oraz innych regioanch pokazują, że wyłącznie poprzez propagandę przyjaźni narodów nie można przezwyciężyć nienawiści na tle narodowym. Przy braku polityki państwa zmierzającej do aktywnego przeciwdziałania (temu trendowi - przyp. red.)  ideologiczną pustkę zapełniają przeróżne organizacje, w tym te propagujące destruktywne, antyspołeczne hasła".  

Cały raport tutaj. Warto się z nim zapoznać, chociażby, ze względu na retorykę Rosji wobec Ukrainy przy okazji ostatnich wydarzeń w tym kraju. Ponieważ jest dostępny tylko po rosyjsku, być może w wolnej chwili postaram się go streścić.